ODCINEK 3

Głowa do góry – Podcast

Klątwa Nanda Devi. Zapomniana historia

Hinduska bogini czasu i śmierci Kali to małżonka najkrwawszego z bogów – Sziwy. Kali jest pogromczynią demonów i zła. Jeden z jej przydomków to Nanda, a jej domem, zdaniem Hindusów jest ponad siedmiotysięczny potężny masyw górski w Himalajach Gahrwalu, nazwany na jej cześć Nanda Devi. 

Nanda nie zna litości, a ciała swoich ofiar pożera. Dlatego Hindusi nie mają wątpliwości, że kto postawi stopę na wierzchołku Nanda Devi, ten nie zginie śmiercią naturalną, a jego ciało nigdy nie zostanie odnalezione. Tak mówili też w 1939 roku członkom pierwszej polskiej wyprawy w Himalaje, która kroczyła od wioski do wioski w himalajskich dolinach, zmierzając w stronę domu bogini. Planowali  wejść na jeden z wierzchołków tej potężnej góry jako pierwsi ludzie na świecie. 

Celem Polaków był wschodni szczyt Nanda Devi, wznoszący się na 7434 mnpm. Główny, wyższy o 400 metrów wierzchołek  został zdobyty trzy lata wcześniej, przez pioniera światowego himalaizmu – Billa Tillmana. Kiedy  Polacy stanęli u stóp Nandy, Tillman miał się ciągle świetnie. To mogło ich uspokajać. No Przecież to on pierwszy zakłócił spokój bogini. W dodatku wdzierając się na główną basztę jej twierdzy. I nic? Być może Kali nie jest jednak tak krwiożercza. Nie mogli wtedy wiedzieć, że jakiś czas później Tillman zaginie podczas podróży statkiem przez Atlantyk, tym samym wypełniając słowa klątwy, że ciało śmiałka, który wejdzie na szczyt tej góry nigdy nie zostanie odnalezione. 

Odcinek 3 Głowa do góry Podcast. Klątwa Kanada Devi. Zapomniana historia
Nanda Devi

Gdyby jednak kierownik polskiej wyprawy był przesądny, to pewnie nigdy by do niej nie doszło. Adam Karpiński, nazywany przez przyjaciół Akarem przez ponad 15 lat walczył o tę pierwszą polską ekspedycję w Himalaje. Kiedy pierwszy raz w 1924 próbował namówić środowisko taternickie na atak na Everest został wyśmiany i uznany za świra, którym zresztą zdaje się był. O najwyższej górze świata marzył od dziecka – powtarzał, że z Everestu prawdopodobnie nie wróci, ale na pewno na niego wejdzie. Kochał góry tak bardzo, że wymarzył sobie, by jego pierworodny syn przyszedł na świat na Mont Blanc – najwyższej górze Europy. Co jeszcze bardziej absurdalne – jego żona się na to zgodziła. Karpiński był może szalony ale też wybitny – służył jako pilot w I Wojnie Swiatowej, był inżynierem i sam projektował sprzęt wysokogórski. Trafiłem nawet na źródło z którego wynika, że Adam Karpiński to najprawdopodobniej wynalazca słynnej metody ubioru „na cebulkę”. Sami widzicie – Człowiek legenda.

W czasach Karpińskiego, sytuacja geopolityczna sprawiała, że o pozwolenie na zdobywanie jakikolwiek wysokiej himalajskiej góry trzeba było prosić Brytyjczyków. A oni byli gotowi zrobić wszystko, aby to ich rodak jako pierwszy postawił stopę na najbardziej prestiżowych wierzchołkach. Ekspedycje z innych krajów miały więc bardzo niewielkie szanse na zdobycie pozwolenia. To dotyczyło oczywiście Everestu, ale również K2, które z czasem stało się kolejnym obiektem zainteresowań Akara. 

Głowa do góry - Podcast. Odcinek 3. Klątwa Nanda Devi. Zapomniana historia
Adam Karpiński

W 1939 roku Polacy składają kolejny  już wniosek o pozwolenie na działalność w najwyższych górach świata. Zawiera on trzy warianty  ekspedycji – aby zwiększyć szansę na pozytywne rozpatrzenie. Brytyjczycy na odczep zgadzają się na najuboższy wariant trzeci – eksplorację Himalajów Gahrwalu. W Polsce zapanowała ueforia. 

Dopiero po jakimś czasie Panowie zorientowali się, że tak naprawdę to  ta wiadomość zastaje ich w wyjątkowo czarnej i to bardzo głębokiej dziurze organizacyjno-budżetowej. Mieli jakieś 2/3 miesiące, aby dotrzeć w Himalaje o odpowiedniej porze roku. A do zrobienia pozostało jeszcze praktycznie… wszystko. Włącznie ze zdobyciem finansowania. I pewnie nic nie wyszłoby z pierwszej polskiej wyprawy w Himalaje, gdyby nie Janusz Klarner – syn jednego z najbogatszych Polaków i ministra skarbu w przedwojennej Polsce – Czesława Klarnera. Młody Janusz zaoferował, że dołączy do ekspedycji a swój udział w całości opłaci samodzielnie. Później, gdy pojawiły się jeszcze większe kłopoty finansowe, potężną kwotę dołożył Klarner senior i budżet wyprawy się dopiął. Problem z Januszem – nowym członkiem wyprawy był tylko jeden – nie umiał się wspinać. 

Choć szybko się uczył… swoje pierwsze i jedyne zimowe przejście w Tatrach zaliczył na kilka miesięcy przed wyjazdem w Himalaje. Wszedł razem z Karpińskim na Lodowy Szczyt. To może więc trochę brzmieć jak historia kapryśnego bogatego dzieciaka, który myśli, że pieniądze załatwiają wszystko. I nie wiadomo – może i trochę tak było, ale należy zaznaczyć, że Klarner był ambitnym i pokornym człowiekiem. Jego ojciec był jedną z najważniejszych osób w kraju, ale pytany w szkole o zawód ojca Janusz wolał mówić, że tato jest urzędnikiem. Młody Klarner wymarzył sobie studia na gdańskiej Politechnice – bardzo prestiżowej w tamtych czasach uczelni. Jednak będący wówczas wolnym miastem, proniemiecki Gdańsk nie był dla Polaków najbezpieczniejszym miejscem. Dlatego Klarner senior zgodził się na wyjazd syna tylko pod warunkiem, że ten opanuje sztuki walki – Boks i Judo. 

To nie były jedyne sporty, w jakich Klarner czuł się świetnie. Był on więc wybitnie sprawnym fizycznie młodym cżłowiekiem, ale zagadką pozostawało, jak jego organizm zareaguje na rzadkie powietrze powyżej siedmiu tysięcy metrów nad poziomem morza. Karpiński wziął tę odpowiedzialność na siebie. A możecie sobie wyobrazić, jak nie wsmak było to innym doświadczonym taternikom, którzy też liczyli na miejsce w tej wyprawie.

Głowa do góry - Podcast. Odcinek 3. Klątwa Nanda Devi. Zapomniana historia
Od lewej: Janusz Klarner, Adam Karpiński, Jakub Bujak, Stefan Bernadzikiewicz

Słusznie jednak postawił Akar na rozwiązanie dające jako taką swobodę organizacyjną. To było ogromne przedsięwzięcie. Trzeb zdać sobie sprawę z tego, że ruszając w Himalaje w 1939 roku Polacy nie bardzo wiedzieli nawet z czym będą mieli do czynienia. Ludzi, którzy już próbowali wchodzić na tak wysokie góry było  wtedy na świecie ledwie kilku, a relacji stamtąd, czy szczegółowych informacji o tym jak tam jest, było jeszcze mniej. Akar, który samodzielnie projektował namioty szturmowe, plecaki kominowe, czy puchowe śpiwory tak naprawdę działał nieco na oślep. 

Swobodną organizację i atmosferę wokół wyprawy psuły też nastroje polityczne w Europie. Na początku 1939 roku wojna wisiała już w powietrzu. Janusz Klarner przed wyjazdem musiał obiecać ojcu, że jako oficer wojskowej rezerwy w razie czego wróci do kraju i będzie bronił Polski. Karpiński już będąc w Bombaju cały czas myślał o rodzinie, która pozostała w zagrożonym wojną kraju.

Trapię się sytuacją. Nie wiem nawet, czy najbliższe dni nie przyniosą jakichś niespodzianek dla Polski. Choć tu myślimy, że pan H. w swej mowie bluffuje i naprawdę wojny nie zrobi. Byłby chyba szaleńcem.

To fragment listu akara do żony

Himalajska wyprawa Polaków z 1939 roku na długo została zapomniana właśnie ze względu na wojnę. Masa dokumentów zaginęła, a historie o niej opowiadane, przez lata nie znajdowały odbiorców w świecie przytłoczonym II Wojną Śiwatową. Dopiero we współczesnej Polsce zaczęto odtwarzać te wydarzenia, a historia dostała swoje drugie życie. Nie doszłoby jednak do tego, gdyby nie Magdalena Bujak Lenczowska – córka jednego z uczestników wyprawy, która z ogromnym zapałem przez lata pielęgnowałą pamięć o swoim ojcu i jego dokonaniach. Nazywał się Jakub Bujak i w szaleńczej miłości do gór tylko trochę ustępował Adamowi Karpińskiemu.  Niewiele na przykłąd brakowało, by  jego córka, nieoceniona kronikarka nie nazywała się Magdalena, tylko Burdżula. Po czasie spędzonym na wspinaczce w górach Kaukazu Kuba Bujak wrócił  bowiem do Polski tak zauroczony jednym z tamtejszych szczytów, że nie wyobrażał sobie, by nie nazwać swej nowo narodzonej córki właśnie jego imieniem – Burdżula. Całe szczęście, że to nie on decydował… 

Gdyby Bujakowi dane było cieszyć się z narodzin drugiej córki, pewnie znów miałby swoją koncepcję na imię. I brzmiałoby ono Nanda. Swoje pierwsze spotkanie z siedzibą hinduskiej bogini Bujak opisał tak:

Devi wygląda niesłychanie wyniośle. Aż zatyka i strach ogarnia. Przyglądam się naszej grani przez lornetkę. Nie wiem, czy to da się zrobić, ale jeśli się da, to będzie to ciężka robota. Ale szczyt wspaniały – warto się nad nim potrudzić.

Głowa do góry - Podcast. Odcinek 3. Klątwa Nanda Devi. Zapomniana historia
Oba wierzchołki Nanda Devi

Nie zapowiadało się jednk, by Kuba Bujak miał ten trud podjąć. U stóp Nanda Devi rozchorował się poważnie. Tak poważnie, że oficer łącznikowy  i jednocześnie lekarz wyprawy major FOy orzekł, że jakikolwiek udział Bujaka w zdobywaniu góry jest wykluczony. To był jeden z głównych, ale nie jedyny cios, jaki otrzymałą polska ekspedycja zaraz na początku działalności. Lider – Adam Karpiński miał objawy zatrucia, a Janusz Klarner narzekał na bóle głowy i ogólne złe samopoczucie. 

Dlatego na samym początku największą pracę  przy pcHaniu wyprawy w stronę szczytu wykonywał Stefan Bernadzikiewicz – czwarty uczestnik wyprawy. Niesłychanie pracowity, małomówny, ale ponadprzeciętny inżynier. Cała czwórka polskich pionierów byłą zresztą inżynierami, ale Bernadzikiewicz jako jedyny pracował naukowo na uczelni – nie dlatego, że nie mógł znaleźć zatrudnienia w znacznie lepiej opłacanym przemyśle, tylko dlatego, ze stanowisko asystenta na Politechnice dawało mu możliwość brania długich urlopów. Wiecznie było mu mało czasu na góry. Stefan powtarzał, że alpiniści powinni mieć możliwość odebrania emerytury za młodu – tak by lata sprawności fizycznej przeznaczyć na eksplorację gór, a na starość dopiero zająć się normalną pracą przy biurku. 

Polacy zaczęli atak na Nandę w ostatnich dniach maja. To znaczyło, że mają na jej zdobycie jakiś miesiąc – na początku lipca w Himalajach zaczyna się monsun, który praktycznie uniemożliwia działalność w wysokich górach. O tym, że czuć zbliżający się monsun Karpiński w jednym z listów pisze jednak już 28 maja. Nastroje w bazie były wtedy fatalne. Nawet jedyny zdrowy na początku Stefan Bernadzikiwicz, po szybkim wyruszeniu do pracy na wysokości nabawił się choroby wysokościowej. W dodatku okazało się, że Szerpowie towarzyszący Polakom, nie mają pojęcia jak poruszać się w śniegu i lodzie. Są więc  nie tylko niezbyt użyteczni przy noszeniu sprzętu do wyższych obozów, ale też trzeba ich cay czas asekurować. 

Przez niecałe dwa tygodnie trójka polskich wspinaczy uparcie pnie się jednak metr po metrze do góry, wynoszą sprzęt i jedzenie, zakładają obozy i ubezpieczają trasę. Zmagają się przy tym z bólami głowy, halucynacjami, biegunkami, bezsennymi nocami i potwornymi monsunowymi opadami śniegu. W końcu nadchodzi tak potężna śnieżyca, że wygania całą ekipę na sam dół – do bazy. Niestety – tego roku monsun nadszedł dwa tygodnie przed czasem. W bazie Akar notuje, że śnieg pada bez przerwy od 56 godzin. 

Major Foy mówi Polakom, że teraz, w czerwcu są jeszcze jakieś szanse, że monsun odpuści na kilka dni. Ale to już nie potrwa długo. W 1939 roku w bazie nie ma tego co dziś jest tandardem. Nie ma więc gigantycznych nadajników satelitarnych, ani dokładnych prognoz dla każdej wysokości i partii trasy. Nie ma też ekspertów, którzy przewidują zmianę kierunku wiatru w Himalajach na podstawie pogody na biegunie, ani sprzetu, za pomocą którego możnaby te wszystkie nieistniejące informacje przekazać przebywającym na górze kolegom. To, czy pogoda jest odpowiednia do akcji górskiej czy nie, ocenia się dokładnie tak, jak zrobili to Polacy 11 czerwca. Wychodzi się z namiotu, patrzy w niebo i podejmuje decyzję. Tego dnia niebo było bezchmurne, więc decyzja była oczywista. 

Głowa do góry - Podcast. Odcinek 3. Klątwa Nanda Devi. Zapomniana historia

Ruszyli do góry – tempo nadawali Janusz Klarner i Stefan Bernadzikiewicz. Z nimi dwóch Szerpów. Wszyscy związani jedną liną. Droga była trudna – po jednej stronie wspinacze mieli nawis śnieżny pod którym były setki metrów samego powietrza. Po drugiej stronie grozą wiało z potężnej szczeliny lodowca. Idący na końcu Bernadzikiewicz co jakiś czas napominał kolegów, żeby nie zbliżali się do krawędzi nawisu, bo to szalenie zdradliwy teren. Torujący Klarner jednak bardziej obawiał się szczeliny z dugiej strony. Uznał, że nawis nie może być aż tak goźny. Ostatnie, co zobaczył Stefan Bernadzikiewicz, to robiącego dwa kroki w stronę krawędzi grani Janusza. 

Nie było huku, nie było krzyku. Klarner po prostu spadł. Teraz pozostało tylko czekać niznośnie dłużące się milisekundy, aż naprężająca się lina szarpnie Davą Tseringiem, szerpą który był z nim związany liną…

Koniec części pierwszej

POSŁUCHAJ POZOSTAŁYCH ODCINKÓW:

537 komentarzy

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.