Tatry

W górach czasem trzeba pocierpieć – jesienne Czerwone Wierchy i Ornak

Coś wisiało w powietrzu od początku tego weekendu. Ale nie byliśmy w górach od tak dawna, że z radością to zignorowaliśmy. I wiecie co? Zero wyrzutów. Czerwone Wierchy i tak dały nam dużo radości.

Trudne początki

Ta wycieczka od początku była trudna do zaplanowania. Trzeba było ją pogodzić z piątkową imprezą rodzinną w Katowicach, z ktorej wróciliśmy w środku nocy. Podjęliśmy decyzję, że sobota będzie dla nas luźnym dniem – na dojazd w Tatry i dojście do schroniska na Hali Kondratowej. Tam zaplanowaliśmy wieczór wypełniony zachwytem nad górami i schroniskowym piwem z puszki za 10 złotych.

Dopiero w niedzielę mieliśmy pójść w góry – na Czerwone Wierchy. Dlatego w sobotę spokojnie pojechaliśmy jeszcze w Krakowie do sklepu. Oczywiście tak spokojnie, jak tylko da się w sobotę pojechać do sklepu. Czyli niezbyt spokojnie.

Musiałem kupić spodnie w góry, bo poprzednie się podarły. Więc ruszamy na poszukiwania. I tu pojawił się problem. Bo w tym sklepie nic nie ma, w tamtym nic nie ma, tam też nie… o tu na pewno będą! Otóż nie. I tak mijał czas, aż przyszła pora wyruszania w drogę, a ja cały czas patrzyłem w oczy wizji podróżowania z gołą dupą. Wybór padł więc na najtańszy spodniopodobny produkt jaki znaleźliśmy w Decathlonie. Uff, można ruszać.

Choć stylówką to ja tym razem nie zabłysnę…

Od początku było pod górkę

Zaparkowaliśmy w Zakopanem koło BP za rondem Jana Pawła II i do Kuźnic doszliśmy już piechotą (około 1,5 km). Czas nas gonił, bo zdaniem Mapy Turystycznej mieliśmy półtorej godziny marszu do schroniska. A dokładnie za półtorej godziny właśnie (o 19:30) mieli w schronisku zamknąć gastronomię. Przerażeni perspektywą wieczoru bez piwa ruszyliśmy przed siebie ile sił w nogach. Niestety – okazało się, że nie należało ruszyć przed siebie, tylko ruszyć głową i sprawdzić, który szlak prowadzi na Halę Kondratową.

Bo my w swoim szaleńczym pośpiechu radośnie ruszyliśmy w stronę Nosalowej przełęczy i dopiero sto metrów nad Kuźnicami zorientowaliśmy się, że odwaliliśmy manianę. Zejście z powrotem do Kuźnic było pierwszym momentem, w którym zorientowałem się, że pandemiczny styl życia coraz gorzej wpływa na moją formę i że nie ma co liczyć na swobodny krok w ten weekend. Pomyłka kosztowała nas jakieś 20 minut. Teraz została już tylko godzina do zamknięcia schroniska, a do przejścia trasa liczona na półtorej godziny. A siły i morale były bardzo niskie.

Cierpienie tak naprawdę jeszcze się nie zaczęło…

…choć wieczór na Hali Kondratowej był zupełnie przyjemny. Zdążyliśmy przed zamknięciem. Ekipa schroniska okazała się niezwykle sympatyczna i pomocna. To miejsce od razu wskoczyło wysoko w rankingu naszych ulubionych schronisk. Siedzieliśmy na ławeczce oddalonej z 50 metrów od maleńkiego gmachu schroniska i zastanawialiśmy się, czy ta grań, której widzimy tylko zarys jest gołą skałą, czy jest pokryta drzewami. Debata była poważna. Założyliśmy się o śniadanie.


Następnego dnia okazało się, że pół na pół – trochę drzew, trochę skały, ale za śniadanie i tak płaciłem ja. To dopiero niesprawiedliwość.

Prawdziwe kłopoty

Na piętrowym łóżku w sześcioosobowym pokoju obudziliśmy się grubo przed budzikiem. Choć nie mieliśmy pojęcia dlaczego. To był pierwszy z kłopotów. Kolejny był taki, że Olę dopadła bardzo silna alergia, która zaatakowała jej pół twarzy. Po mało energicznym poranku ruszyliśmy do góry chwilę po ósmej.

Początek trasy też nie nastroił optymistycznie, bo zamiast lekkiego początku na rozgrzewkę, dostaliśmy na ryj 700-metrowym podejściem na Czerwone Wierchy po lekko przykrytych śniegiem kamieniach. Za dużo śniegu do normalnego chodzenia i za mało do użycia raków. Cholernie irytujące.

Po drodze, na Przełęczy pod Kopą Kondracką zrobiliśmy krótki postój i spożyliśmy po trochu najważniejszego elementu naszego prowiantu.

Jesienne Czerwone Wierchy
Bez kwaśnych Śmiej Żelków nie ma górskich wycieczek!

Dowlekliśmy się na Kopę Kondracką, pierwszy z naszych Czerwonych Wierchów, w czasie tabliczkowym, co samo w sobie stanowiło symbol pewnej porażki. Ale na Kopie czekała radość – pierwszy moment na zdjęcia. Miałem dwójkę cudownych modeli – Olę i Giewont.

Tuż za Kopą radość się skończyła. Kolano Oli powiedziało, że nie ma ochoty schodzić. Pod górę można, ale w dół to jemu się nie podoba. Zdiagnozowaliśmy spięty mięsień, pomasowaliśmy i daliśmy radę dotrzeć na Małołączniak. Wtedy zostałem pozbawiony aparatu.

Ale kiedy na chwilę go odzyskałem, zrobiłem zupełnie od niechcenia zdjęcie, które teraz jest jednym z moich ulubionych z tego weekendu.

Podróż przez Czerwone Wierchy – z Małołączniaka przez Krzesanicę w stronę Hali Ornak – to niestety dalsza różnica zdań z kolanem Oli na temat wybranej trasy. Nam się podobało. Ale staw kolanowy Oli dalej uważał, że trzeba się wspinać, a swoje niezadowolenie z podróży w dół sygnalizował okropnym bólem. Sytuacja była tym mniej wesoła, że ja jestem świeżo po artroskopii kolana a opis bólu, który odczuwała Ola wydawał mi się podejrzanie znajomy.

Przed nami była jeszcze połowa trasy. Tempo mieliśmy średnie, tym bardziej, że wyślizgane kamienie na tym popularnym szlaku były bardzo mokre i łatwo było zaliczyć glebę. Ja starałem się utrzymywać kilka metrów przed Olą, żeby w jakiś sposób ciągnąć ją za sobą. Co jakiś czas krzyczałem do niej, żeby uważała, bo jest ślisko. W końcu krzyknąłem co innego. Nie powiem co krzyknąłem, ale powiem, że aż obrócili się ludzie, którzy byli 500 metrów przed nami. Tak, zaliczyłem glebę, upadłem na rękę i od razu poczułem, że jest źle.

Jesienne Czerwone wierchy
Tak to wygląda dziś

Kiedy to się stało, byliśmy jakieś dwie godziny drogi od schroniska na Hali Ornak. Z niego pozostawało jeszcze sześć kilometrów do Kirów. A stamtąd trzeba było jeszcze złapać stopa do Kuźnic. Z Kuźnic trzeba było jeszcze wrócić autem do Krakowa.

Na to mieliśmy jednak obmyślony plan. Ja operuję pedałami, bo mam zdrowe nogi, a Ola kieruje i zmienia biegi, bo ma zdrowe ręce. Także jak widać wszystko przemyślane.

Tylko jak się dostać do tych Kuźnic…

Żebrząc o Ibuprom u przypadkowych ludzi i pokrzepieni alkoholem ze schroniska ledwo żywi dotarliśmy do Krakowa. Dalsza historia to już dramatyczna walka o godność na SORze i próby postawienia Oli na nogi. Minęły trzy dni, jest środa, my żyjemy i nawet czasem się ruszamy. Chcemy znowu w góry.

Hej! Jeśli oprócz chodzenia po górach interesuje Cię też ich historia, koniecznie zostaw lajka na tym profilu na Facebooku, albo przejdź do zakładki Podcast. Opowiem Ci tam, dlaczego Krzysztof Wielicki dokonując pierwszego zimowego wejścia na Everest miał na sobie okulary spawalnicze. Powiem też, dlaczego w wieku 23 lat Jerzy Kukuczka chciał rzucić wspinaczkę po konfrontacji z Wojciechem Kurtyką. Dlaczego Hindusi kochają Szklarską Porębę, jak przemyt stał się cnotą i dlaczego Polacy w ogóle łażą w te Himalaje zimą. Historia polskiego himalaizmu jest długa piękna i bogata. Poznajmy ją razem!

Głowa do góry – Blog. Tędy na stronę główną

10 266 komentarzy